My mięsożercy

Jak to się dzieje, że na to, co w zagrodzie nazwalibyśmy świńską szyją mówimy słonina i karkówka, brzuchem – żeberka i boczek, a pupą – szynka? Dlaczego mięsa kurczaka staje się w naszych ustach drobiem, a byka i krowy – wołowiną? Czemu uważamy, że pies jest wrażliwszy od świni? Zainteresowanie psychologów diety mięsnej na stosunki między człowiekiem i zwierzętami staje się ostatnio coraz żywsze. By móc odpowiedzieć na powyższe pytanie, psychologia musiała przejść długą drogę, która symbolicznie rozpoczęła się w komorach gazowych nazistowskich obozów koncentracyjnych.

Nieludzki wymiar i szokujący zasięg Holokaustu postawił pod znakiem zapytania moralny status człowieka. Zaczęto się zastanawiać, czy w Niemcach wykiełkowało jakieś wyjątkowe zło, czy tez każdy człowiek jest zdolny do tak nieludzkich czynów. Po 65 latach badań stanowisko psychologii społecznej jest jasne, choć większość ludzi wolałaby o nim nie słyszeć.

To, co umożliwiło eksterminację na wielką skalę, czyli m. in. zobojętnienie na cierpienie i niedostrzeganie w ofiarach wartościowych istot, nie było niczym odmiennym od mechanizmów psychologicznych, którymi posługują się ludzie współcześni – było tylko ich ekstremalnym, niespotykanym wcześniej przejawem. Aby poradzić sobie z wszechobecną przemocą, cierpieniem i śmiercią, naziści stosowali psychologiczne mechanizmy zniekształcania rzeczywistości dostępne nam wszystkim.

Mało kto chętnie uświadamia sobie cierpienie innych. Szczególnie kiedy czuje, że sam (choćby tylko częściowo) za nie odpowiada. Na ulicy uciekamy od zagrażającego naszemu sumieniu żebraka. Nie lubimy biednych, prześladowanych i umierających, czyli tych, którzy psują nasze dobre samopoczucie i wyidealizowany obraz świata. Innymi słowy, chcemy postępować i myśleć jak egoiści, ale nie chcemy się nimi czuć. Jak to zrobić? Albert Bandura pokazał, jak wiele jest sposobów na moralne odcięcie się od ofiar: ludzie ukrywają rzeczywiste działania pod neutralnymi etykietami (wojskowy meldunek „cel został wyeliminowany” zamiast „zabiliśmy człowieka”) przerzucają odpowiedzialność na innych, „rozcieńczają” odpowiedzialność w grupie („niech ktoś inny mu pomoże” – na widok nieprzytomnego bezdomnego), przypisują winę ofierze („trzeba było nie nosić takiej spódniczki” – na wiadomość o gwałcie) i odmawiają ofiarom cech ludzkich, czyli dehumanizują. (…)

Mateusz OLECHOWSKI

Całość artykułu dostępna w papierowym wydaniu trzeciego numeru Zeszytów Praw Zwierząt.

One Comment to “My mięsożercy”

  1. vikcza 31 grudnia 2013 at 11:39 #

    „Jak to się dzieje, że na to, co w zagrodzie nazwalibyśmy świńską szyją mówimy słonina i karkówka, brzuchem – żeberka i boczek, a pupą – szynka? Dlaczego mięsa kurczaka staje się w naszych ustach drobiem, a byka i krowy – wołowiną?”

    Szalenie trafnie ujęte. Od zawsze mnie to intrygowało. No cóż, po prostu: łatwiej ludziom powiedzieć „na obiad jest wołowina w sosie”, niż „na obiad jest krowa w sosie”… Bo po usłyszeniu drugiego zdania, myślę, że spora większość wolałaby zostać przy zjedzeniu samych ziemniaków…


Leave a Reply

Current month ye@r day *